Historia
moich zainteresowań jest długa i złożona, dlatego
postanowiłem podzielić ją na kilka ważnych dla
mnie etapów:
Modelarstwo
lotnicze
Budowa modeli
samolotów była moim pierwszym prawdziwym hobby.
Początkowo były
to koszmarne posklejane "w godzinę"
modeliki, a ich żywot był niewiele dłuższy i
kończył się zwykle efektowną katastrofą.
Z upływem czasu szło mi coraz lepiej i zacząłem
traktować modelarstwo nieco poważniej. Zgromadziłem
sporo narzędzi i materiałów, a samoloty powstawały
tygodnie,
a nie godziny i w końcu zaczęły przypominać
oryginały. Im byłem starszy tym mniej czasu mogłem
poświęcić temu zajęciu zwłaszcza, że nie był
to jedyny sposób na spędzenie wolnego czasu.
Dzisiaj modelarstwo należy do moich "martwych
hobby", większość kolekcji nie przetrwała pięciu
przeprowadzek, dwóch kotów, psa i dwójki dzieci.
Udało mi się uratować mój ostatni (i chyba najbardziej udany) model F-14
w skali 1:48, który stoi dziś wysoko w studio i postoi tam jeszcze trochę, aż
Marysia lub Ola znajdą sposób
aby się do niego dobrać.
(na zdjęciu: Ostatni ocalały model F-14)
Elektronika
Mniej
więcej w wieku trzynastu lat zacząła się moja
fascynacja elekroniką (i techniką w ogóle). Namiętnie
studiowałem "Radioelektronika" (wówczas
jedyne pismo dla elektroników - amatorów) i
konstruowałem urządzenia
w nim opisywane. Początkowo
bardzo proste i tanie, a później coraz bardziej
złożone. Głównie były to projekty
p. Grzegorza
Wodzinowskiego (prowadzącego dział urządzeń
elektroakustycznych), które z racji moich fascynacji
muzycznych najbardziej mnie interesowały. Najbardziej
złożoną maszyną, którą zbudowałem była perkusja
elektroniczna (wg trochę zmodyfikowanego projektu
z ... Radioelektronika).
Było
to wielkie urządzenie analogowe zbudowane z kilkuset
elementów (praktycznie bez złożonych układów
scalonych) umiejscowionych na kilkunastu "płytkach
drukowanych" (które
oczywiście sam malowałem i wytrawiałem). Aż
dziwne, że to naprawdę działało, choć do poważnych
zastosowań muzycznych raczej bym nie polecał.
Moje zainteresowania techniczne o mały włos nie pchnęły mnie do studiowania na
politechnice, choć ostatecznie skończyło się na reżyserii dżwięku - z której
też w końcu zrezygnowałem (za radą
absolwenta w/w kierunku).
Do dzisiaj uwielbiam "walkę z lutownicą" i chociaż nie buduję już sobie instrumentów,
to własne studio musiałem oczywiście okablować własnoręcznie (a było co robić
- to kilka tysięcy "punktów" do polutowania). Andrzej Puczyński (prezes ZPAW
i Universal Music Polska, właściciel studia Izabelin) pukał się w głowę mówiąc,
że pierwszy raz w życiu widzi aby kompozytor i członek topowej kapeli w tym kraju
poświęcił dwa mięsiące na lutowanie samemu krosownicy
w studio.
(na zdjęciach: Własnoręcznie
wykonany fragment krosownicy z przodu (fot. lewa)
i z tyłu (fot. prawa).
Komputery
Mniej
więcej w tym samym okresie co elektronika, pojawiły
się w moim życiu komputery. Zaczęło się oczywiście
o gier i składaniu na pierwszy wymarzony komputer.
Nie było to wówczas takie proste jak dziś, bo
świat komputerów domowych podzielony był na cztery
zwalczające się obozy : ZX Spectrum, Commodore,
Amstrad i Atari (PC to był nie liczący się margines)
W końcu zostałem szczęśliwym posiadaczem Atari
800XL i się zaczęło. W domu rósł stos "Bajtków"
i wszelkich innych pism ,które zamieszczały przeróżne
kompletnie niepotrzebne programy w BAISIC-u,
ale jaka była satysfakcja kiedy po dziesięciu
godzinach "wklepywania" setek linii i kolejnych
dziesięciu spędzonych na szukaniu błędu w końcu
na ekranie pojawiało się coś... (np. fruwające
kreseczki).
W tym czasie poznałem w szkole muzycznej
mojego najlepszego kumpla Borysa Stanczewa (flecistę)
też posiadacza 800XL, którym rozpoczęliśmy
wspólne pisanie prostych programów. Naszym flagowym
projektem była skomputeryzowana wersja Erobussinesu
(gry podczas której poznałem swoją żonę - Dorotę).
Poprawialiśmy ją w nieskończoność, aż nawet
świeżo poznana Dorota w chwili gdy nikt nie korzystał
z komputera zaczęła pisać własny program (były
to spadające serduszka i napisy kocham cię misiu).
Kolega Borys został w końcu informatykiem,
a ja do dzisiaj (ciągle jeszcze muzyk) jestem
zafascynowany komputerami. W moim domu jest ich
sześć. Oczywiście wszystkie (oprócz Maca G4)
składane i uruchamiane własnoręcznie. Wszystkie
pracują we wspólnej sieci i tak naprawdę służą
do ... zabawy !!! (oprócz tych w studio oczywiście).
W tej chwili myślę już o dołączeniu kolejnej
maszyny z dużą ilością dysków twardych , na których
umieszczę wszystkie nakręcone filmy (te rodzinne
- dzieci, żona, wakacje itp.) tak aby był do
nich stały, błyskawiczny dostęp na dowolnym kompie
w domu, a przede wszystkim na dużym ekranie w
salonie. Jeśli jesteśmy przy komputerach, to
nie sposób nie wspomnieć o ... Cywilazacji.
Dla
nie wtajemniczonych : jest to gra strategiczna
Sida Meyera, której początki sięgają jeszcze
lat osiemdziesiątych i Atari ST. Mam absolutną
szajbę na jej punkcie, a potym jak w 2000 roku
wraz z Dorotą spędziliśmy prawie rok (!) właściwie
tylko grając wprowadziłem sobie embargo na cywilizację
(które
od czasu do czasu łamię).
Komputery "wgryzły się" moje życie głęboko - w końcu na nich pracuję
i bawię się, ciekawe czy nadal mogę to nazywać moim hobby.
Książka
i film
Umieściłem
książkę i film w jednym "dziale",
ponieważ te dwie rzeczy pełnią w moim życiu podobną
rolę. Obie służą odprężeniu i poznawaniu świata.
Książki toważyszą mi od wczesnego dzieciństwa,
najpierw czytane przez mamę, potem samodzielnie.
Moim ulubionym gatunkiem literackim jest fantastyka
naukowa . Dzisiaj sięgam do niej rzadziej a większość
czasu, który poświęcam na czytanie spędzam z
książkami popularnonaukowymi
i politechnicznymi.
Na nowo (18 lat po skończeniu liceum) odkrywam
fizykę, chemię i historię. Wracam pewnie do moich
dziecięcych marzeń (być astronautą!) i stąd takie
ukierunkowanie zainteresowań. Nie przepadam za
tzw. literaturą piękną. Próbowałem parę razy
przebrnąć przez polacane mi (głównie przez żonę)
światowe dzieła tego gatunku, ale bez fascynacji.
Chociaż kilka razy udało się jej trafić. Z filmem
jest podobnie: najbardziej lubię SF (to ta część rozrywkowa) i filmy
oparte na faktach lub "realnej" fikcji. Lubię też obejrzeć
(lub przeczytać...) dobrą sensację. Ciężko daję się namówić Dorocie
na film z tzw. "wyższej
półki" lub "o życiu", ale kiedy już obejrzę to strasznie
mi się podoba! Filmy zawsze oglądamy razem, co nie raz prowadzi do długich
negocjacji: co dzisiaj obejrzymy. Mamy ogromną filmotekę (i bibliotekę
też) więc z reguły wybieramy po kilka filmów każdy i z tej "selekcji" albo
znajdujemy wspólny mianownik albo po prostu losujemy... Całe szczęście
książki czytamy oddzielnie. Telewizji nie oglądam w ogóle, za wyjątkiem
programów popularnonaukowych i czasami wiadomości.
(na zdjęciu: Obcy - Królowa)
Dom
Dom
to mój azyl i ukochane hobby od zawsze. Zmienialiśmy
z Dorotą mieszkania kilka razy i zawsze coś remontowaliśmy.
Uwielbiam robić wszystko samemu,
a raczej uwielbiałem
bo kiedy postanowiliśmy "osiąść na stałe" i znalazły
się na to wreszcie środki,
to całą budową zajęli
się fachowcy wg projektu architekta, ponieważ
my ciągle byliśmy w trasie (to były lata 2001-2003).
Wprowadziliśmy się, kiedy wszystko było gotowe.
Jednak w "dawnych czasach" budowaniem i remontowaniem
zajmowałem się osobiście. Zaczęło się kiedy miałem
15 lat i postanowiłem przerobić piwnicę w domu
rodziców na studio nagrań. Zbudowałem ścianę
działową wraz z potrójną, dźwiękoszczelną szybą
(jak w zawodowym studio), obstalowałem drzwi
i zrobiłem toaletę. Pomagał mi kolega perkusista
(Rafał Gonera). Cel był szczytny i prawie
się powiódł: mury stały ale sprzętu do studia
nie było. Później remontowałem już tylko kolejne
mieszkania. Szczytowym "osiągnięciem" była instalacja
CO i ciepłej wody wykonana w całości przeze mnie
w wymarzonym wówczas dużym (160 m) mieszkaniu
w starej kamienicy w centrum Łodzi. Udało nam
się kupić to mieszkanie jesienią 2002 (było
do kapitalnego remontu) i przed zimą musiałem
zdążyć. Niezłe wyzwanie, zwłaszcza wykucie miejsc
na kaloryfery
i rury. Uruchomiłem instalację
w grudniu i miałem tylko dwa wycieki! To była
naprawdę super fajna robota (może dlatego, że
lutowanie miedzianych rur niedaleko leży od lutowania
kabelków). Nie dokończyliśmy remontu tego mieszkania,
przyszedł rok 2001
i zaczęło się... potem już
nie dało się tam mieszkać. Dzisiaj mam nadzieję,
że znajdę czas aby popracować trochę samemu przy
wykańczaniu letniego domu za miastem, który jest
obecnie w fazie projektu. Czas pokaże...
Nurkowanie
Przyszła
pora na moje najświeższe zainteresowanie - podwodny
świat. W maju 2003 roku podczas pobytu na Malcie
Dorota namówiła mnie na kurs nurkowania. Początki
nie napawały mnie optymizmem, ale przetrwałem
kurs podstawowy OWD (open water diver PADI)
i zaraz potem zrobiłem następny (advenced open
water diver) po powrocie do Polski poznałem
Marka Sadowskiego (właściciela centrum nurkowego
SeaQest w Łodzi i znakomitego instruktora )
i
wraz z nim kontynuowałem przygodę z nurkowaniem.
Dzisiaj (10 VI 2005) mam zrobionych siedem
specjalizacji i przymierzam się do stopnia rescue
diver, a co najistotniejsze namówiłem Dorotę
na kurs i będziemy mogli nurkować razem. Nurkowanie
to wspaniała przygoda zwłaszcza, że jestem trochę
"na bakier" ze sportem i cieszę się, że znalazłem
w końcu coś aby wyjść z domu i poruszać się odrobinkę.
Wiele jest w tym realizacji mojego chłopięcego
marzenia aby zostać astronautą i odkrywać nowe
światy.
W końcu pod wodą jestem praktycznie jak
w nieważkości i na innej planecie. Mam też całą
masę sprzętu co zadowala moją technokratyczną
duszę. Oprócz egzotycznych nurkowań wyjazdowych,
nurkuję sporo także w Polskich wodach. Nie jest
to może niesamowite przeżycie estetyczne, ale
za to poznaję naprawdę obce środowisko.