Untitled Document
home
news
terminarz
biografia
dyskografia
solowe projekty
galeria
download
ksiega gosci
chat
kontakt
w skrócie biografia hobby książka media



Untitled Document
Fragment książki "A wszystko to... Ich Troje" Andrzeja Grabowskiego

JACEK ŁĄGWA
Jako ten drugi pozostaje w cieniu Michała.
Nie przepada za wywiadami i raczej unika spotkań z ludźmi z branży muzycznej. Wygląda bardziej na studenta, niż na gwiazdę, ale to właśnie on jest filarem jednej z najpopularniejszych w Polsce grup.

GŁOS MAŁEGO KSIĘCIA, REŻYSER Z ŁAPÓWKĄ I PIJAK POD KOŚCIOŁEM

Śmiało można powiedzieć, że talent wyssał z mlekiem matki. Jedyne dziecko aktorskiego małżeństwa przyszło na świat
11 października 1969 roku. Maluch był oczkiem w głowie rodziców. Miał szczęśliwe dzieciństwo. Wiele czasu spędzał z babcią, bo rodzice musieli łączyć obowiązki domowe z pracą zawodową. Oboje byli wziętymi aktorami; ojciec grał w Teatrze Powszechnym, a matka w Teatrze Nowym. Synek miał dobre warunki do rozwijania zdolności. Jako sześciolatek został wysłany na lekcje gry na fortepianie. Z natury jestem leniem i już wtedy nie chciało mi się powtarzać nudnych ćwiczeń -wspomina. Nie mam zacięcia wirtuoza, który siedziałby po siedem godzin dziennie i klepał wprawki. Po dwóch latach nauki w szkole muzycznej Jacek zakomunikował, że nie będzie więcej chodził na lekcje. Troskliwi rodzice znaleźli mu wtedy inne zajęcie. W latach siedemdziesiątych Łódź była stolicą polskiego przemysłu filmowego, tam właśnie powstawała większość produkcji. Mama często pracowała przy dubbingu bajek dla dzieci. Udało jej się zachęcić syna do tej pracy. Od tej pory nagrywał głos do polskich wersji językowych filmów sprowadzanych głównie z Węgier, NRD, Czechosłowacji i oczywiście ze Związku Radzieckiego. Zadebiutował jednak w zachodniej produkcji. Była to amerykańska wersja "Małego Księcia", nakręcona w 1970 roku. Tytułowy bohater mówił jego głosem. Od szóstego roku życia Jacuś zaczął regularnie zarabiać. Przynosił do domu trzecią pensje. Zdarzały się miesiące, kiedy otrzymywał honoraria większe od wypłat rodziców. Dzięki niemałym zarobkom mógł sobie pozwolić na wszystkie zabawki, które mu tylko wpadły w oko.
Po dwóch latach i pracy przy dubbingu został aktorem. Zadebiutował na dużym ekranie w "Pogrzebie świerszcza" w reżyserii Wojciecha Fiwka. W dramacie psychologicznym o dwóch chłopcach zagrał jedną z głównych ról. Ośmioletni Jacek mylony był ze swoim partnerem, który występował w okularach. Dlatego po każdej emisji filmu musiał cierpliwie tłumaczyć, że dopiero później zaczął nosić okulary.
Dwumiesięczna praca na planie była wielką przygodą. Większość zdjęć kręcono w wiejskiej chałupie w Aleksandrowie. Podczas przedłużających się przygotowań do poszczególnych ujęć Jacek nie zawsze mógł usiedzieć w jednym miejscu. Kiedy zepsuł się światłomierz, na nieletniego aktora padło podejrzenie o... wbijanie gwoździ tym urządzeniem. Chłopiec obraził się, bo tego nie zrobił i pojechał do domu. Reżyser nie mógł z niego zrezygnować, skoro większość zdjęć była już zrealizowana. Wojtek Piwek przyjechał po mnie z łapówką -wspomina muzyk. Przyjąłem zabawkę, ale na plan wróciłem dopiero, gdy oświetleniowiec przeprosił mnie za niesłuszne posądzenie. Innym razem to właśnie Jacek spłatał figla całej ekipie. Kiedy zaczęła mu doskwierać nuda, dla draki przestawiał wyłączniki i potencjometry we wszystkich urządzeniach. Zabawa zakończyła się wielką awanturą. Sprawca szybko został zdemaskowany, a ekipa techniczna złorzeczyła przez dwa dni.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że był to początek lat osiemdziesiątych, "Pogrzeb świerszcza" był stosunkowo dobrze promowany. Reżyser i aktorzy jeździli na premierowe pokazy do miast wojewódzkich. Nie miałem zapędów gwiazdorskich i nie interesowały mnie recenzje -wspomina Jacek. Ale film był dobrze przyjęty. Rodzice jednak uznali, że syn nie może opuszczać zbyt wielu lekcji, a film zabiera za dużo czasu. Pozwolili mu jeszcze zagrać rolę Adasia Niezgódki
w telewizyjnej wersji "Przygód Pana Kleksa" w reżyserii Laco Adamika, potem zagonili go do nauki. Mógł jednak pracować przy dubbingu. Wtedy podkładał między innymi głos syna królowej Bony w serialu o polskiej monarchini.
Aktorstwo przynosiło niemałe dochody, ale Jacek miał inne plany. Marzył o lataniu, chciał zostać pilotem lub kosmonautą. Już w szkole podstawowej zgłosił się do oficera ze Szkoły Orląt, który na lekcjach wychowania obywatelskiego opowiadał o zawodzie lotnika. Żołnierz odesłał go do higienistki, która badała potencjalnych kandydatów do szkoły lotniczej. Kiedy pani doktor zobaczyła małego okularnika, zapytała: A ty po co tu przyszedłeś? Tak skończyła się moja kariera w lotnictwie -wspomina.
W szkole podstawowej uczył się raczej przeciętnie. Nauczyciele mają w zwyczaju określać jemu podobnych: Zdolny, ale leniwy. Po podstawówce zdecydował się zdawać do liceum Ogólnokształcącego. Matematyka poszła mi całkiem nieźle, ale w wypracowaniu z polaka zrobiłem trzydzieści błędów -opowiada. Na egzaminie poprawkowym dostałem pytanie o "Pana Tadeusza", ale coś mi się pomieszało i mówiłem o budowaniu muru w ogrodzie. Kilka razy pytano mnie, czy jestem przekonany, że to epopeja narodowa. Odpowiedziałem, że nie mam pewności, ale taka historia na pewno była. Dopiero później zorientowałem się, że się pomyliłem. Na swoje usprawiedliwienie miałem to, że i "Pan Tadeusz" i "Zemsta" były lekturami. Po egzaminie poprawkowym Jacek dostał się do liceum. Komisja rekrutacyjna wzięła pod uwagę jego kłopoty z językiem polskim i skierowała go do klasy matematyczno-fizycznej. Chłopak nie zagrzał tam miejsca i już po roku został wyrzucony za złe zachowanie. Potrafił na przerwie odkręcić hydrant
i urządzić koleżankom śmigus-dyngus. Zmoczone dziewczyny wrzeszczały przy tym wniebogłosy. Ciśnienie było tak duże, że woda spływała kaskadami ze schodów. Po tej akcji rodzice nie mogli mieć żalu do nauczycieli. Syn był skruszony i obiecał poprawę. W nowym liceum trochę się uspokoił. Nie chciał się narażać, ale nie był aniołkiem. Jak każdy nastolatek, próbował używek. Pierwsza przygoda z alkoholem przytrafiła mu się
w Wielkanoc. Z wesela chrzestnej udało mi się zorganizować dwie półlitrówki -opowiada. Pojechaliśmy z kolegą rowerami do lasu, żeby rozpracować tę zdobycz.
Pierwsza flaszka poszła szybko, drugą udało nam opróżnić do połowy. Kolega zasnął w lesie, a ja byłem bardzo wesoły i postanowiłem wrócić do domu. Kiedy przejeżdżałem obok kościoła, spadłem z roweru i zasnąłem z półlitrówką w dłoni. Jacek miał wyjątkowego pecha, była to akurat Wielka Sobota, ludzie przychodzili do kościoła ze święconkami... Dopiero po godzinie rozpoznano delikwenta i powiadomiono rodziców. Obyło się bez awantury -wspomina. Gdy nazajutrz mama zobaczyła, jakiego mam kaca, dała mi spokój Miałem za to wielkiego moralniaka. Przez kilka tygodni nie mogłem spojrzeć ludziom w oczy, bo wydawało mi się, że wszyscy wytykają mnie palcami.

OSIEMNASTKA NAUCZYCIELKI SKRZYNKA PIWA ZA DZIEWCZYNĘ I CHAŁTURY W REMIZACH
Również w drugim liceum Jacek nie palił się do nauki. Na lekcjach wolał czytać książki lub ulubionego "Radioelektronika". Często też chorował (albo symulował), ale znalazł sposób na zaliczanie poszczególnych przedmiotów. Tuż przed wystawieniem ocen kuł przez tydzień, dzięki czemu udawało mu się zdawać egzaminy komisyjne. Jego studenckie metody tolerowano, bo chłopak brał udział w zajęciach pozalekcyjnych. Z dwoma koleżankami przygotowywał scenariusze szkolnych akademii i osobiście odpowiadał za oprawę muzyczną przedstawień. Pomagał im jeszcze kolega, którego mama była kierownikiem domu kultury. Stamtąd wypożyczali sprzęt. Zaradni uczniowie umieli wychodzić naprzeciw oczekiwaniom ciała pedagogicznego. Jeśli nauczycielka języka polskiego lubiła poezję Baczyńskiego, mogła się zachwycać jego wierszami na specjalnie przygotowanym wieczorku. Programy te tak bardzo się spodobały, że inne klasy zaczęły zapraszać Jacka do współpracy. On perfidnie to wykorzystywał i coraz częściej opuszczał lekcje. W trzeciej klasie pobił rekord nieobecności.
W pierwszym półroczu nie chodził prawie na wszystkie lekcje. Nauczyciele przestali zwracać uwagę na wagarowicza, nie znaleźli na niego sposobu. Miało to odbicie w ocenach: pod koniec roku szkolnego uczeń był zagrożony aż z siedmiu przedmiotów. Do szkoły wezwano rodziców. Ojciec obiecał w imieniu syna poprawę. Nastolatkowi znowu udało się uniknąć powtarzania klasy. Wiele zawdzięczał wychowawczyni. Matematyczka była młodą nauczycielką i chyba miała do mnie słabość -opowiada. Walczyła o mnie na radach pedagogicznych i wielokrotnie wybawiała z opresji. Niesforny uczeń nie umiał tego docenić i nieraz robił jej na złość. Mieliśmy jechać z klasą na wycieczkę do Krakowa-wspomina. W dzień wyjazdu świętowaliśmy urodziny kolegi. Po imprezie to on wsadził mnie do pociągu. Chwilę potem zacząłem składać wychowawczyni życzenia z okazji... osiemnastki. Już w Koluszkach zostałem wyproszony z pociągu
i w towarzystwie dwóch koleżanek miałem wrócić do domu. Po odstawieniu winowajcy do Łodzi, dziewczyny ruszyły w pogoń za wycieczką, a ich podopieczny został na dworcu. Nie miał jednak zamiaru pokazywać się rodzicom. Znalazł schronienie na strychu, pożyczył śpiwór od kolegi. Nazajutrz poszedłem na spacer. Na dworcu poznałem sympatycznego Włocha, któremu przez cały dzień pokazywałem miasto -mówi Jacek. Następny dzień przesiedziałem w kinie i sześć razy obejrzałem film "Dawno temu w Ameryce". W dzień powrotu z wycieczki zjawił się na dworcu z kwiatami. Nauczycielka przyjęła przeprosiny i zastrzegła, żeby nikomu nie mówił, co się wydarzyło.
Trochę inaczej wyglądała jego edukacja muzyczna. Umiejętność gry na pianinie przydała się już w szóstej klasie podstawówki. Kiedyś na szkolnej zabawie zobaczył zespół, który grał maluchom do tańca. Tak mnie to zafascynowało, że postanowiłem założyć kapelę -wspomina. Odkryłem w szkole magazynek ze zdezelowanymi instrumentami, które doprowadziłem do stanu używalności. Zaproponowałem kolegom założenie zespołu. Zgłosiło się czterech ochotników.
Na próbach był prawdziwy dramat, bo tylko ja umiałem grać. Lider wolał gitarę od syntezatora. Nie był
w tym zbyt dobry, ale znacznie gorzej wypadał pozbawiony poczucia rytmu perkusista. Próby odbywały się u Jacka. Kapela usiłowała grać utwory Republiki. Najlepiej wychodził im hit "Gdzie oni są". Dźwięki słychać było w całym domu, więc ojciec, zaintrygowany hałasem, zajrzał kiedyś do pokoju syna.
Po wysłuchaniu kilku taktów poradził mu, żeby lepiej wrócił do szkoły muzycznej...
Jak każdy małolat, Jacek słuchał Listy Przebojów Programu Trzeciego prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego. Podczas 24. notowania usłyszał, że Niedźwiedź robi ranking najpopularniejszych piosenek. Chłopak zaczął naśladować popularnego prezentera. Bardzo go to wciągnęło. Nie rozstawał się z radiem nawet podczas wakacji. W czasie spaceru z rodzicami potrafił przystanąć, żeby zanotować kolejność utworów. Nie zrażał się angielskimi nazwami, które zapisywał zgodnie
z brzmieniem. Wśród jego ulubionych grup były Republika, TSA i Perfect. Fascynacje tymi zespołami widoczne były w wyglądzie. Jacek nosił nawet taką grzywkę, jaką miał Grzegorz Ciechowski z Republiki. Wielbiciela polskiej muzyki nie mogło zabraknąć na Rockowiskach w Łodzi. Znalazł sposób na wchodzenie bez biletów: przeciskał się przez małe okienko o wymiarach 25 na 40 centymetrów, przez które przeciągano kable. Zawsze starał się stać jak najbliżej sceny.
Na jednym z koncertów był taki tłok, że stracił buta. Nie przejmował się zgubą, bo mógł się pochwalić autografami Lombardu oraz Bandy i Wandy. Inną zdobyczą były podpisy muzyków z TSA.
Na początku siódmej klasy młodzieniec postanowił wrócić do szkoły muzycznej, ale wybrał gitarę zamiast pianina. Pełen zapału w dwa lata skończył czteroletnią szkołę pierwszego stopnia, potem kontynuował naukę W szkole średniej. Szybko mógł wykorzystywać zdobytą wiedzę. Już jako szesnastolatek napisał muzykę do przedstawienia o Kubusiu Puchatku, w którym występowali jego rodzice. Znów miał okazję, by nieźle zarobić, ponieważ poprzednia praca przy dubbingu skończyła się wraz z mutacją.
Jacek tworzył coraz więcej. Wieczór bez napisania piosenki był zmarnowany -wspomina. Powstawały czasem straszne gnioty, ale to wtedy napisałem utwór znany później jako "Prawo" oraz kompozycję "Razem
a jednak osobno", która była adresowana do koleżanki z klasy. Wtedy też postanowił założyć zespół -tym razem ze znajomymi ze szkoły muzycznej. Tamto granie różniło się od nieudolnych prób z czasów podstawówki. Udało im się nawet wystąpić w łódzkim klubie Medyk.
W tym samym czasie Jacek zaczął interesować się komputerami. Razem z kolegą Borysem Stanczewem poznawali wchodzące na polski rynek modele Z X Spectrum, Atari 800 X L i Commodore 64. Zaczytywaliśmy się "Radioelektronikiem" i "Bajtkiem" -wspomina. Całymi wieczorami siedzieliśmy przy klawiaturze
i pisaliśmy programy. Udawało nam się tworzyć całkiem ciekawe konfiguracje! Fascynacja komputerami nie przeszkadzała mu w kontaktach z płcią przeciwną. Zaproponowałem Monice chodzenie, ale ona
jakoś nieszczególnie była zainteresowana -opowiada muzyk. Zaczęliśmy się jednak spotykać. Po kilku tygodniach Borys zapytał mnie, czy ja z nią na poważnie... Zacząłem trochę kręcić i powiedziałem, że odstąpię ją za skrzynkę piwa. I tak przehandlowałem dziewczynę... Nie spodziewał się, że wkrótce spotka dziewczynę, która zmieni jego życie. Na imprezie u znajomych Dorota od razu zwróciła moją uwagę. Była w długiej koszuli z dekoltem, a gdy nachylała się... miałem na co popatrzeć. A ja uwielbiam kobiety z dużymi piersiami. Po imprezie odprowadziłem ją do domu i... zapomniałem. Nie w głowie była mu miłość. Wraz
z kolegami z zespołu postanowił zarobić trochę grosza, grając na weselach. Los sam wyszedł im naprzeciw -kolega jednego z muzyków poprosił o taką przysługę. Impreza miała się odbyć za tydzień. W kilka dni trzeba było przygotować piosenki. Zdążyli opracować 35 hitów, ale ta ilość okazała się niewystarczająca. Każdy utwór musieli grać po 10 minut z długimi solówkami i improwizacjami. Nikomu specjalnie to nie przeszkadzało, podpite towarzystwo bawiło się w najlepsze. Pewnemu człowiekowi tak to się spodobało, że zaproponował im granie na imprezach w remizach. Początkujący chałturnicy chętnie
na to przystali. Obrotny rolnik po tygodniu załatwił pierwszą zabawę.
Zgodnie z umową, zespół stawił się we wsi pod Łodzią. Wszystko skończyło się po trzech godzinach. Pełniący funkcję managera upił się, więc nie mógł odwieźć grupy do miasta. Instrumenty zostały załadowane na pożyczony od gospodarza wózek. Zespół ruszył w drogę, jednak po kilku kilometrach zrezygnował z dalszej wędrówki. Byli zmęczeni, poprosili mieszkającego przy drodze rolnika o przechowanie sprzętu w szopie. Następnego dnia przyjechał
po niego ojciec Jacka. I tak skończyło się granie w remizach.

GRAJĄCY DOWÓD MIŁOŚCI, GOŁY DYRYGENT I A W ANTURA O LIMUZYNĘ
Przypadkowe spotkanie na dworcu kolejowym sprawiło, że Jacek odnowił dawną znajomość. Dorota zaprosiła go na działkę do koleżanki. Chłopak nie mógł zmarnować takiej okazji... Spędził tam dwa dni. Chociaż dziewczyna bardzo mu się podobała, nie przejawiał inicjatywy i znajoma musiała zostać swatką. Zapytała, czy mam względem Doroty jakieś zamiary, a ja zacząłem kręcić-wspomina. Zaprowadziła mnie do pokoju, posadziła na krześle i wyszła. Zaraz potem zjawiła się sama zainteresowana. Była bardziej zdecydowana niż ja. To ona zaproponowała, byśmy byli razem. Zgodziłem się z entuzjazmem. Ta rozmowa wpłynęła nie tylko na życie prywatne, ale również na karierę Jacka. Dorota mieszkała naprzeciwko Akademii Muzycznej. Zamiast na zajęcia, trafiał więc do dziewczyny. Wizyty były coraz częstsze, odbywały się kosztem nauki. Znalazł jednak wyjście z tej sytuacji. Jeśli miał problemy w szkole muzycznej, mówił, że ma dużo nauki w ogólniaku, a gdy w liceum szło mu nienajlepiej, tłumaczył się dużą ilością zajęć z muzyki.
Uczucie stawało się coraz silniejsze. Kiedy Dorota skończyła osiemnaście lat, postanowiła dać Jackowi dowód miłości i. ..przeznaczyła spadek po mamie na zakup nowoczesnego instrumentu. Śniły mi się klawisze za 1800 dolarów -wspomina muzyk. To był bardzo duży wydatek. Średnia pensja wynosiła wtedy 20 dolarów. Ona dala półtora tysiąca dolarów! To był szok. Ale trzeba było uzbierać jeszcze 300 dolarów. Skrzyknąłem rodzinę i jakoś się udało. Zakup zrobiono w tajemnicy. Osiemnastolatka musiała uciec się do podstępu: po otrzymaniu pieniędzy wpłaciła je na książeczkę oszczędnościową, którą pokazała rodzinie. Następnego dnia zlikwidowała ją. Ukochany nareszcie mógł kupić wymarzonego Korga M1. W tamtym czasie było to absolutne szaleństwo klawiszowe -stwierdza po latach. Gdy mój kolega dowiedział się, jak zdobyłem pieniądze, stwierdził: "Łągwa, ty będziesz się musiał z nią ożenić!".
Nowoczesny instrument zapewnił mu wysokie notowania na lokalnym rynku muzycznym. Pojawił się wtedy Marek Sośnicki -świeżo upieczony absolwent wydziału aktorskiego łódzkiej szkoły filmowej, który zakładał zespół i szukał klawiszowca. Grupa miała się nazywać The Tamerlane. Jacek chętnie zgodził się na tę propozycję. W pierwszym składzie znaleźli się też Witek Karolak oraz wykładowca ze szkoły muzycznej -Sławek Romanowski. Pierwszą piosenkę, "Rivers Apart", nagrano głównie na instrumencie Jacka. Wokalista chciał, aby utwór był w języku angielskim. Dzięki jego operatywności do jednej z piosenek nakręcono teledysk, który trafił do telewizji. Debiutujący zespół uzyskał wysokie notowania w Telewizyjnej Liście Przebojów, dzięki czemu łódzka grupa zakwalifikowała się do Opola. Dobra passa nie opuściła ich, zostali oddelegowani na występ do Sopotu. W Operze Leśnej powtórzyli sukces. Również dziennikarze przyznali zespołowi swoją nagrodę. Potem wysłano grupę na Festiwal Krajów Nadbałtyckich do Karlshamn.
Po serii udanych występów znaleziono sponsora, który miał sfinansować nagranie płyty. Dzięki jego hojności zespół prawie przez pół roku wynajmował renomowane studio S4. Podczas długiej sesji nagraniowej lider zmienił koncepcję zespołu. Został on przemianowana na Tamerlane and His Warriors. Zmienił się też sam pomysł na płytę. Część krążka miał przygotować Jacek Łągwa, część Steven Ellery, który studiował dyrygenturę u Pendereckiego. Anglik był wielkim oryginałem. Podczas nagrań chodził w bokserkach i pokazywał dupę-śmieje się Jacek. Kiedyś nagrywałem żeński chórek. Dziewczyny nie mogły się skupić, bo Steven dyrygował, używając zamiast batuty czegoś innego...
Podczas przedłużających się nagrań atmosfera w zespole zaczęła się psuć. Marek podziękował za współpracę Witkowi Karolakowi, który był kompozytorem prawie połowy utworów. To było przykre -opowiada Jacek. Markowi coś odbiło i chciał mieć muzyków z Warszawy, ale ja się mocno trzymałem. Byłem mu widocznie potrzebny. Po zakończeniu prac zespół znowu pojechał na opolski festiwal. Tym razem występ został bardzo źle przyjęty. Tamerlane jako jedyny zespół wystąpił z playbackiem. Utwory w języku angielskim nie spodobały się widowni. Tupano i gwizdano, słychać było okrzyki "Do domu!". Mimo klęski grupa znowu załapała się do Sopotu. Sośnicki chciał zrobić wrażenie na publiczności w Operze Leśnej. Planował wjechać pod scenę ośmiometrową limuzyną. Techniczni nie zgodzili się na to i wybuchła awantura. Obsługa zemściła się: w czasie występu puściła grupie cały playback zamiast podkładu instrumentalnego. Tamerlane został zdyskwalifikowany, a Jacek zakończył współpracę z Markiem.
Po rozstaniu z Tamerlane Jacek Łągwa zaczął współpracować z Michałem Zabłockim - studentem Łódzkiej Szkoły Filmowej - dla którego napisał muzykę do dwóch filmów dyplomowych. Potem wspólnie pracowali przy produkcji reklam. Zaczął się dla mnie bardzo dobry okres. Pracowałem szybko, dostawałem duże pieniądze. Niekiedy płacono w dolarach, bo nasze produkcje wysyłano za granicę. Zajmował się wówczas nie tylko komercyjnymi przedsięwzięciami. Komponował między innymi dla Teatru Telewizji, pisał także muzykę do krótkometrażowych filmów zrealizowanych przez grupę artystyczną Łódź Kaliska. Przygotowywał też aranże piosenek dla Bogusława Meca i Krystyny Giżowskiej. Również współpraca z rodzicami nabrała rozmachu. Jeździli po Polsce
z widowiskiem dla dzieci. Jacek akompaniował, zajmował się nagłośnieniem, a w "Przygodach Kubusia Puchatka" grał nawet Osła i Świnię. Marzyła mu się jednak praca w profesjonalnym zespole, ale po niemiłych doświadczeniach z Tamerlane był bardzo ostrożny.
Interesująca propozycja wyszła od Roberta Jansona z Varius Manx. Oni mieli dobry skład, ale nie mieli dobrego instrumentu - wspomina. Zaczęli przychodzić do mnie z pomysłami i razem je opracowywaliśmy. Tak powstały dwie pierwsze płyty łódzkiej grupy, nagrywane jeszcze bez Anity Lipnickiej. Współpraca
z Robertem Jansonem układała się bardzo dobrze. Założyli nawet Fundację Na Rzecz Nowatorskich Osiągnięć w Dziedzinie Kultury, Sztuki i Ochrony Środowiska imienia Krzysztofa Komedy, która miała zajmować się wspieraniem amatorskich przedsięwzięć. Po nagraniu drugiej płyty lider Varius Manx zaproponował Jackowi stałą współpracę. Dobrą komitywę popsuło pewne wydarzenie. Byliśmy umówieni na wywiad do lokalnej telewizji -opowiada Jacek.
W tym samym czasie musiałem wyjechać z rodzicami, o czym nie zdążyłem Roberta powiadomić. Podziękował mi wtedy za współpracę. Nie zakończyło to znajomości z muzykami z Varius Manx. To dzięki Pawłowi Marciniakowi kompozytor poznał Michała Wiśniewskiego...

ŚMIERDZĄCE WYKŁADZINY, MISTRZ CYWILIZACJI I DE'VISA NA WALENTYNKI
W życiu Jacka najważniejsza jest rodzina. Po czterech latach znajomości ożenił się z Dorotą. Skromna ceremonia odbyła się w małym kościele św. Józefa
w Łodzi. Para młoda nie chciała wesela, wybrała się za to w podróż poślubną do Francji. Oni są ze sobą chyba od dziecka - żartuje Michał Wiśniewski. Dorota nie opuszcza męża podczas nagrań i koncertów. Jest nie tylko żoną, ale też świetnym kumplem na imprezy -mówi Jacek. Ona ma dużo mocniejszą głowę ode mnie!
Ale rok temu musiała zrezygnować z używek. Powód był radosny. Poznali go również fani, kiedy na stronie internetowej Ich Troje pojawiła się informacja, że
w lipcu 2001 roku przyjdzie na świat potomek Łągwów!
Ogromną pasją Jacka jest majsterkowanie. Nie straszne mu są żadne prace. Doprowadził do stanu używalności zdezelowanego forda Taunusa. Do tego celu przygotował warsztat samochodowy, postarał się o wyciąg i sam zajął się szlifierką. Obecnie nie ma już problemów z samochodem, bo jeździ nowym autem. Ostatnio najwięcej czasu zajęło mu remontowanie mieszkania. Osobiście montował centralne ogrzewanie. Robię to sam, bo fachowcy są mało fachowi-żartuje. Mam wizję tego, co chciałbym osiągnąć i pracuję systematycznie.
Kułem ściany, bo w starym budownictwie nie było miejsca na grzejniki. Wyniosłem stamtąd prawie 5 ton gruzu. Widząc mnie, sąsiadka stwierdziła, że nie tak wyobrażała sobie gwiazdę muzyki. Odnowione mieszkanie to jego konik. Budynek postawiono w 1900 roku. Przez lata mieszkańcy bardzo je zaniedbali. Kładli nowe wykładziny na stare. Lały tam psy, kot, chyba nawet jeż -przez to był straszny smród. Przed zdjęciem siedmiu warstw wykładzin musiałem wypić ćwiartkę wódki, później przez trzy dni wszystko dezynfekowałem.
W czasie remontu domu bardzo przydawały się jego zamiłowania techniczne.
Komputer to bardzo ważne urządzenie w domu państwa Łągwów. Uwielbiają oni gry komputerowe, a zwłaszcza "Cywilizację". Jacek kiedyś obliczył, że wciągu trzech lat co najmniej pół roku przesiedział przy komputerze. To jest potworny złodziej czasu - twierdzi fan gier komputerowych. Zdarzało się, że grałem trzy miesiące prawie bez przerwy. Kiedy wyzerowałem licznik, przed monitorem siadała żona. Często kłóciliśmy się, kto ma robić obiad. Teraz kupiłem drugi komputer i... nie jemy obiadów. Jacek jest mistrzem w tym, co robi. Grając, zakłada tyle miast, że komputer sobie z tym nie radzi. Zauważył też drobne usterki, których przeciętny użytkownik nie jest w stanie wykryć. Kontaktuje się z producentem w sprawie poprawek, jakie należałoby wprowadzić do nowego wydania gry. Lubi też surfować po Internecie. Równie chętnie czyta książki fantastyczne i popularnonaukowe.
Państwo Łągwowie interesują się nie tylko komputerami. Mają Freda, owczarka niemieckiego. Dorota od dawna marzyła o koniu. Dwa lata temu Jacek kupił jej na Walentynki klacz o imieniu De'visa. Zwierze zamieszkało w prywatnej stajni pod Łodzią, której właścicielką jest koleżanka Doroty -Sandra Gębicka. Pierwsze spotkanie nie było szczęśliwe -opowiada muzyk. Głaskałem De'visę, a ona gwałtownie podniosła łeb. Uderzyła mnie w głowę tak mocno, że moje okulary znalazły się kilka metrów dalej. Na szczęście to nie było nic poważnego.
Pół roku później pojawiły się problemy ze zdrowiem zwierzęcia, które uszkodziło sobie kość rysikową i musiało jechać do Warszawy na operację. Rehabilitacja trwała trzy tygodnie. Dorota tak pokochała konie, że rozpoczęła studia na SGGW w Warszawie, jednak musiała przerwać naukę ze względu na ciążę.
W Ich Troje Jacek jakby schodzi na drugi plan. Jestem raczej mało towarzyski -twierdzi. Mam wielu przyjaciół, ale nie lubię chodzić do pubów; wolę napić się w domu. To dlatego, że piję sporo i jeśli już zacznę, to chcę mieć blisko do łóżka. Przyznaje, że lubi czasem zapalić papierosa, ale za narkotykami nie przepada. Raczej unika mocniejszych używek. Wszystkiego spróbowałem, ale narkotyki nie są dla mnie -wyznaje. Zdarzały się chwile po amfie, kiedy wydawało mi się, że jest OK, ale z boku wyglądało to zupełnie inaczej.
Muzyk marzy o solowym projekcie. Na razie nie znajduję na to czasu - mówi. Mam wobec siebie duże wymagania. Chciałbym zrobić sam to wszystko: od kompozycji, przez nagranie instrumentów i wokali aż po reżyserię teledysku i mastering. Chcę trafić muzyką i tekstami do starszych słuchaczy, którzy już coś przeżyli.

W najbliższym czasie nie zanosi się na realizację tych planów. Jacek poświęca większość czasu rodzinie. Chodził z żoną do szkoły rodzenia, był przy porodzie i filmował go. Bardzo się przy tym wzruszył -wspomina Dorota. Widziałam łzy w jego oczach. Marysia urodziła się w czerwcu - od tego czasu młody tata stara się spędzać
w domu każdą wolną chwilę. A nie jest ich zbyt dużo, bo Ich Troje koncertują niezwykle często.
Młodzi rodzice już po dwóch tygodniach zdecydowali się zabierać dziecko na koncerty Marysia przyszła na świat w okresie, kiedy jej tata został gwiazdą. Dziewczynka ma okazję przyglądać się kulisom showbiznesu. Ciekawe, czy pójdzie w ślady ojca?




home | news | terminarz | biografia | dyskografia | solowe projekty | galeria | download | księga gości | chat | kontakt